2020 what’s up?

ZIOMKI RODACY, POLSKA WERSJA NA DOLE 🙂

I wish I could be a writer. I could find a lot of good words which could describe last 5 months in one post. I wish I could be a poet too. I could slide smoothly through memories and experiences. Well… What blogs are for, anyway?

Last time I wrote, I remember panic. Empty streets, horrified people in masks everywhere. I don’t remember airplanes though. Only empty skies. I remember this amazing fresh-green color of a newly grown leaves. Hot and then rainy, cold days when it supposed to be other way around. Here we are… just like spring, summer is also gone.. cherries and peaches already forgotten..

Getting back to your home country can be tough. No. Wait. Leaving the country You lived in is tough. Where one journey ends and the other one begins. Again. Faces are not new but not the same you as left them. When You realize that You will miss the people you loved there, far away. Terrifying, when You finally take one foot which was always on one side of the door sill and put it together with the other one.

Well it is not like it’s a goodbye forever. I will be back as soon as the corona allows to travel again. I would love to hike some huge Alps again…see my tiny and annoying but still somehow cute town and meet my friends there 🙂

Meanwhile history likes to repeat itself and the PANdemIC is back. Like we all expected but didn’t want it to be true. This “record” seems endless…

Anyway, I couldn’t travel then, in April and the travel nightmare lingers… supposed to fly to Sicily yesterday but instead another flight cancelled…hell with that..I’m lying sick on my sofa anyway.. highly probably having the very fashionable this year virus. Damn you corona. Give me back my taste and smell… and don’t wander around so much. It’s people who want to wander again!

Even though I couldn’t travel big time, I could say my whole summer was one big trip. On the way turned out to be a climber. Rookie but still. Definitely not for chickens this one. And what is also quite sure there are no words to explain how you feel when you finally reach the summit, looking down a bit dizzy from the exposure, finally having a moment to look around.

Of course could’t do without sailing. After not seeing beloved polish lakes for a while finally sat at the Masurian bonfire, enjoyed the sky full of stars… also drank a tea which tasted like petrol and it had all rights to do so because the water which we used was in a bottle that had some petrol inside before. Good stuff !

Dusted off an old camera which belonged to my grandpa and which was produced in USSR. These bad boys never die.

Disturbed my grandma taking millions of photos while she tried to finish her masterpieces on this warm day… One of the last days of the lovely, warm summer…

Walked some miles, watched clouds passing by…

Took some trains and buses. And the weather was good, and it was bad. No. There are only poorly chosen clothes, no bad weather.

Ran through heavy rain, in one pretty furious storm…just like in the movies. Soaking wet but indecently happy.

Cherished sunsets. Some of them more than the other ones…

Had some good moments with some pretty nice people.

So that is what I will remember from corona summer.. not masks in the buses, not warning signs but eating a fresh bread while sitting on a grass after climbing, one smelly old train taking me somewhere good, great friction of the granite walls in Tatras, sitting on the edge of the hill watching a sunset, lying down on the blanket while mosquitos stung like hell, paths I walked, people spent time with, smiling, laughing…

PS: Where was corona the whole summer? I guess having vacation too… 😉

So now…boost your immune system, don’t kiss, and stay safe !
(or when it’s too late for that.. get better! ;))

____________________________________________________

Chciałabym być pisarzem. Poetą też by nie zaszkodziło. Może opisała bym ostatnie 5 miesięcy z polotem. Właściwie… takie czasy, że chyba każdy może być każdym co? Celebryci jak ciepłe bułeczki wyskakują z instagramowego piekarniczka. A co mi tam! Od czego w końcu ten blog!

Szalone to lato… dziwny ten rok.

Ciężko wraca się do domu. Właściwie to nie.. ciężko opuszcza się miejsce, które zastąpiło dom na dłuższy czas. Zmiana rzeczywistości, zmiana twarzy na te znane ale trochę jednak inne niż kiedyś… Zawsze jedną nogą tam a drugą tu. W końcu trzeba było złączyć stopy bo się człowiek męczy.. ale kto wie. Coś jednak czuję, że jak tylko krona da nam żyć to nie raz jeszcze podeptam alpejskie ścieżki.

Jak narazie to panika wraca, krona dopadła chyba nawet i mnie, zabrała węch i smak i nie chce oddać.

Wracając do tematu…Pochodziłam po Nowej Hucie jeszcze gdy każdy bał się wychylić nosa zza maski. Natura ewidentnie skorzystała z naszego nieszczęścia. Spaliny poddały się na chwilę, jelonki zwiedziły Krupówki, a szlaki górskie odpoczęły od wszechobecnego zadeptania. Do czasu.. bo się jednak rozkręciliśmy. Ja też, prawdę mówiąc.

Nie poleciałam gdzie miałam ale można śmiało stwierdzić, że całe lato było jak jedna wielka prawilna wycieczka. W górach zaczęłam nie tylko deptać poziomy ale i piony skalne. Zostałam żółtodziobnym wspinaczem. Ze skałek wystrzeliłam w granit, którego nawiasem mówiąc nie da się nie kochać.

Nie obyło się też bez Mazur i ich uroków… gwiazdy i takie tam.. w tym także napicia się herbaty o smaku benzyny… nie pytajcie.. 😉

Odkurzyłam starego dziadkowego Zenita i narobiłam zdjęć. Te radzieckie maszyny to jednak nie do zdarcia są.

Pomęczyłam też babcie sesją kwiatków i bukietów (pozdrawiam babcie bo pewnie czytasz), które robiła na Matki Boskiej Zielnej… dobrze że mi się w końcu telefon rozładował bo babcia juz chciała go za płot wyrzucić.

Trochę się nachodziłam, trochę pojeździłam. Trochę mnie zlało w burzy. Zachody słońca były przednie, niektóre to nawet przedniejsze niż te inne 😉

Trawy na Turbaczu były mi też przychylne, a obłoki dały się bezkarnie obserwować z dołu.

Ludzie się śmiali, żartowali a krona była na wakacjach.. chyba wraca z urlopu bo 2020 też wraca do swojej pierwotnej formy.

Mimo świrusowania było to lato niedozapomnienia. Maski maskami ale ja chyba zapamiętam raczej ciepłe wieczory i komary potwory, myszy przecinające polne ścieżki, tatrzański granit pod palcami, piknik po wspinaniu, pociąg TLK niczym z podróży w czasie, wolno płynący czas z fajnymi ludźmi, ich śmiechy i uśmiechy…

Co tu dużo mówić…;)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s